Reklama

Pani z warzywniaka na rogu, wydając mi resztę, powiedziała cicho: “Nie moja sprawa, ale pani męża widziałam w sobotę w Ikei z taką krótko ostrzyżoną, wybierali razem pościel”. Wieczorem zapytałam męża, co robił w sobotę

Reklama
Reklama

do niej na Popowice.

Myłam ją, karmiłam, układałam leki w pudełku na cały tydzień – przecież to mój zawód, kto miał to zrobić lepiej. Ostatnie pół roku spałam u niej na rozkładanym fotelu. Ryszard mówił: “Idź, idź, ja sobie poradzę”. Odgrzewał pierogi, sam prasował koszule. Byłam mu za to taka wdzięczna.

Dwa dni później do apteki przyszła Ela, żona Waldka, z receptą na ciśnienie. Znamy się od lat, nasze dzieci chodziły razem do podstawówki. Wydałam jej tabletki i rzuciłam od niechcenia:

  • I co, altanka już pokryta?

  • Jaka altanka? – zdziwiła się. – My od piątku do niedzieli byliśmy w Opolu, na chrzcinach u wnuka. Działka zarośnięta jak dżungla, Waldek od miesiąca tam nie zajrzał.

Zobaczyłam, jak coś jej przechodzi przez twarz. Zrozumiała. Schowała tabletki do torebki szybciej, niż trzeba.

  • Jola, może ja coś pokręciłam…

  • Nie, Elu. Niczego nie pokręciłaś.

W czwartek wzięłam Ryszarda skodę, żeby zawieźć do hospicjum mamy wózek inwalidzki. Obiecałam im

Dalsza część artykułu znajduje się na następnej stronie.

Reklama
Reklama