ręce kierowcy, który trzydzieści lat przejeździł autobusami MPK po całym Wrocławiu.
-
Kto to jest? – zapytałam.
-
Iwona. Z zajezdni, dyspozytorka. Rozwiodła się dwa lata temu, wynajęła kawalerkę na Gądowie, nie miała nic, nawet garnków. Ja jej… pomagałem.
-
Pościel jej wybierałeś.
-
Jola… – zaczął i urwał. Potem powiedział to, czego się nie spodziewałam. – Ciebie nie było. Cztery lata cię nie było. Wracałaś od mamy o dziesiątej, myłaś się i padałaś. Ja nie mówię, że miałaś nie chodzić. Musiałaś. Ale ja tu siedziałem z tym telewizorem i sam do siebie gadałem.
-
Mama umierała.
-
Wiem. Dlatego nic nie mówiłem. Myślałem, że jak się to wszystko skończy, to i ja to zakończę.
-
Mama umarła w styczniu. Jest maj.
Spuścił głowę.
- Nie umiem. Ona czeka, jak wracam z kursu. Pyta, jak mi minął dzień. Ty mnie, Jola, od lat o to nie zapytałaś.
Chciałam krzyczeć, że nie miałam kiedy. Że przez cztery lata nikt nie zapytał, jak
Dalsza część artykułu znajduje się na następnej stronie.