mnie minął dzień. Ale coś mnie powstrzymało, bo w tym jednym zdaniu była prawda, której nie chciałam usłyszeć. Nie pytałam. Przestałam dużo wcześniej niż mama zachorowała. Mama tylko sprawiła, że już nawet nie udawałam.
To niczego nie usprawiedliwiało. Ale wszystko tłumaczyło.
Wstałam, otworzyłam pawlacz w przedpokoju i wyciągnęłam dużą niebieską torbę z Ikei, w której od lat nosiłam pranie do suszarni na strychu. Zaczęłam pakować jego koszule. Te, które sam prasował przez cztery lata.
-
Jola, co ty robisz?
-
Pakuję cię, Rysiu. Pościel już tam masz.
Nie płakałam. Płakałam dopiero wieczorem, kiedy drzwi zamknęły się za nim cicho, bez trzaskania. Siedziałam w kuchni do północy i patrzyłam na jego kubek, którego nie umyłam.
Pozew złożyliśmy w lipcu, bez orzekania o winie. Tak chciałam ja, nie on. Nie potrzebowałam wyroku sądu, żeby wiedzieć, co się stało. Co do mieszkania dogadaliśmy się spokojnie, jak dwoje ludzi, którzy przez trzydzieści lat nauczyli się przynajmniej
Dalsza część artykułu znajduje się na następnej stronie.